/  Muzyka  / 

Wojtek Mazolewski – muzyka to wolność

Jeden z najbardziej znanych współczesnych polskich jazzmanów. Kompozytor i multinstrumentalista, od lat porusza się na styku wielu płaszczyzn, trendów i stylów. Twórczość tego niezwykle płodnego artysty wykracza poza zwyczajne nagrywanie płyt, wchodząc w inne dziedziny, takie jak muzyczne ilustracje filmów, spektakli teatralnych i audiobooków. Punktem wyjścia do naszej rozmowy o słuchaniu miast i procesach twórczych, jest ścieżka dźwiękową m.in. do kryminału Jo Nesbø pt. „Karaluchy“. W trakcie pracy nad muzyką, wyjechał z ekipą do Bangkoku, gdzie toczy się akcja powieści.

Przed wyjazdem powiedziałeś, że chcesz nauczyć się Bangkoku – rytmu, brzmienia tego miasta. Myślisz, że osiągnąłeś ten cel?

Nie wiem czy nauczyłem się Bangkoku, ale na pewno go poznałem. Bardzo mocno odczułem ten wyjazd. Poświęciłem się w stu procentach pracy twórczej, chodziłem po całym mieście z instrumentami, grałem w miejscach, w których toczyła się akcja powieści Jo Nesbø, ale i nie tylko. Wyszukiwałem takie miejsca, w których czułem jakąś energię. Nagrywałem przenośnym recorderem wszystkie swoje pomysły muzyczne, wywołane przez dźwięki miasta, ulic i przyrody, która jest tam bardzo głośna. Samo miasto jest bardzo hałaśliwe, a przyroda dostosowała się do tego poziomu decybeli – tamtejsze chrząszcze, czy świerszcze są dużo głośniejsze niż te nasze. Masz wrażenie, że wieczorem wszystko ucichnie, a tak naprawdę dopiero wtedy zaczynasz słyszeć przyrodę, która w rzeczywistości „hałasowała” cały czas. Uczyłem się tego miasta, starałem wchłonąć każdy dzień, każdy wieczór, nie tylko w siebie, ale i w instrument. Chciałem jak najszybciej i jak najmocniej przelać moje uczucia w muzykę: to co czuję, to co widzę i również to, jak reaguje mój organizm.

Klimat Bangoku dał ci się we znaki?

Trzeba przyznać, że Bangkok ma bardzo specyficzny klimat, o czym jest też mowa w powieści. Wysiadasz z samolotu i masz wrażenie, jakbyś dostał po twarzy gorącą, mokrą szmatą, za chwilę jesteś cały spocony i twoja skóra lepi się do wszystkiego, czego dotkniesz. I to jest dziwne uczucie, bo z jednej strony rozpływasz się i to zdaje się być przyjemne, ale z drugiej strony nie czujesz się komfortowo, przynajmniej na początku. Do tego też trzeba przywyknąć, nauczyć się funkcjonować w tej wilgotności, spożywając odpowiednią ilość płynów i tak dalej. Starałem się te wszystkie swoje przeżycia i przygody, których wydarzyło się tam bardzo dużo, przelać bezpośrednio na dźwięki, rysując czasem najzwyklejsze szkice. Wracałem do hotelu i w momencie, w którym nie pracowałem z reżyserem lub dźwiękowcami, zasiadałem sam w pokoju, zgrywałem sobie na komputer rzeczy, które nagrałem i natychmiast, jeszcze będąc na miejscu, starałem się wymyślić jeszcze drugi, trzeci głos, tak, by będąc jeszcze w tym klimacie, ubarwić wszystko atmosferą Tajlandii.

Czy umiałbyś opisać, jak dla ciebie brzmiał Bangkok?

Czarujące zderzenie hałasu ze spokojem i romantyzmem, uduchowioną przestrzenią. Te skrajności są bardzo poruszające, kiedy łapiesz je w jednym czasie, odczuwasz w ciele i rezonuje to w bardzo twórczy sposób.

Czy był to pierwszy raz, gdy „słuchałeś” miasta jako muzyk, by wyciągnąć z niego tworzywo do działań artystycznych?

Pochodzę z Gdańska, wychowałem się przy dźwiękach szumiącego morza i wielokrotnie wspominałem, jak ważne i inspirujące dla mnie jest mieszkanie nad Bałtykiem, co wpływało i wpływa na moją twórczość. Przykładem może być utwór pt. „PUNK-t Gdańsk”, z najnowszej płyty mojego zespołu Wojtek Mazolewski Quintet pt. „Polka”. Opowiada on o fascynacji tym miastem, przekazuje jego pozytywną energię, a przynajmniej to chciałem zawrzeć w tym utworze. Podczas podróży po Ameryce Południowej, rejestrowałem wiele zdarzeń, także pozamuzycznych, jakie przeżywaliśmy. Realizowałem przez to dźwięki miasta, nagrywałem grajków muzycznych w Meksyku, Argentynie, Peru, Chile. Było to bardzo fascynujące. Wiedziałem, że za chwilę będzie to ulotne wspomnienie, a chciałem mieć możliwość powrotu do tego w skali 1:1, bo wówczas nie wiedziałem, że tak często będziemy wracać w te miejsca. Teraz regularnie wybieramy się tam w trasy koncertowe z zespołem Pink Freud, mogę więc obserwować postępujące zmiany np. w tamtejszej kulturze muzyki ulicznej. Rejestrowanie i później odtwarzanie sobie tych nagrań w domu pozwala mi spojrzeć na to w innym kontekście. Kiedy jesteś tak daleko i czegoś słuchasz, ma to inne oddziaływanie na ciebie niż później, gdy już siedzisz w swojej przestrzeni, która jest w pewnym sensie zintegrowana z Tobą i po prostu Twoja. Wtedy łapiesz te dźwięki i one mają już nieco inny charakter, a jednocześnie stają się nową ścieżką, drogą którą możesz podążać. Tak to już jest, że jako muzyk dostrzegam specyfikę miast. Lubię np. Warszawę…

Czy widzisz jakieś charakterystyczne, dźwiękowe różnice pomiędzy Gdańskiem a Warszawą, oczywiście pomijając te najbardziej oczywiste – nadmorskość Gdańska, miejską hałaśliwość Warszawy itp. ?

Patrząc na Tajlandię czy na Indie, w których też grałem, tu w Warszawie jest naprawdę cicho. Oczywiście w porównaniu do innych polskich miast jest to najbardziej ruchliwe, rzutkie i prężne miejsce, co przekłada się na hałas. Bardzo lubię w naszym kraju to, że mimo wszystko w dużych aglomeracjach miejskich potrafimy zachować sporo zieleni i jest bardzo dużo takich miejsc, w których można się mega wyciszyć – np. na Polu Mokotowskim, obok miejsca w którym mieszkam, czy w Łazienkach, które dają totalne wyciszenie – miałem okazję grywać tam koncerty i jest to wspaniałe doświadczenie. Grasz w centrum miasta, a tak naprawdę masz poczucie, że cywilizacja nie istnieje. Albo jeśli już, to ta starożytna. Każde miasto ma swoją specyfikę i muszę powiedzieć, że kiedy wiele lat temu po raz pierwszy przybyłem do Warszawy z koncertami, miałem wiele uprzedzeń. Mimo to, zetknięcie się z nią bardzo zmieniło moje patrzenie na stolicę. Dzisiaj bardzo lubię ją za to jaka jest – jest miastem ogromnych możliwości, a przede wszystkim wspaniałych mieszkańców, którzy pięknie tworzą współczesne oblicze Warszawy, pokazując że Polska jest bardzo otwartym, kosmopolitycznym i artystycznym krajem.

Powracając jeszcze na moment do audiobooków: czy nagrywając ścieżkę dźwiękową do tego typu projektów, musisz rezygnować w jakiś sposób z części siebie wchodząc w rolę ilustratora danej książki, trochę niczym aktor mający za zadanie wejść w określoną postać? Jak wyglądało to przy pracy nad „Blade Runnerem” czy „Karaluchami”? Szedłeś na kompromis sam ze sobą? A może utożsamiałeś z tymi powieściami i tworzyłeś jakąś „narrację własną” na bazie tych historii?

Wchodzę w to za każdym razem na sto procent. Mam to szczęście, że nurkuję w cały świat zbudowany przez autora, mogę więc pozostać stuprocentowo autentyczny, bo tak naprawdę ogarniam wszystko co tam jest. Mam być tylko „wrażeniami” między tekstem. Mam oddać pewien nastrój, jaki tam istnieje, więc jako muzyk muszę go opisać w abstrakcyjny sposób tak, żeby działał na ludzi. To pozwala mi na pozostanie sobą. Mogę oczywiście inspirować się konkretnymi postaciami, czy nawiązywać do muzyki, która powstała wcześniej, jak to np. przy „Blade Runner”: dobrze znam i cenię muzykę Vangelis, jaka powstała do wersji filmowej tego dzieła. Przykładowo, chciałem pokazać w paru momentach użycie przez nich arpeggiatorów, ale my zrobiliśmy to wykorzystując klasyczne instrumenty dęte, które zagrały jak arpeggiator, zamiast wykorzystywać automat perkusyjny. Są to wariacje, które pewnie dla przeciętnego słuchacza nie są czytelną łamigłówką, ale dla mnie dużą satysfakcję stanowi to, że daję sygnał Vangelisom, że jestem pod dużym wrażeniem ich muzyki, ale robię zupełnie coś innego i daję nowy głos do tej całej dyskusji o „Blade Runnerze” i w ogóle o człowieczeństwie w tym wypadku.  To są takie zabawy, odnośniki i próby wczucia się w jakąś rolę. Tworzenie muzyki do audiobooka jest dla mnie wspaniałym doświadczeniem i nie ogranicza moich twórczych potencji. Mam dużą łatwość wczuwania się w nastrój i klimat. Bardzo lubię literaturę, film. Inspiruję się tymi dziedzinami – oglądając filmy w kinie, czytając książki, w mojej głowie i tak powstają dźwięki, których po prostu nie realizuję. Kiedy pracuję nad produkcją audiobooka, zaczynam to wszystko spisywać, dopieszczać. Składa się na to wiele elementów żmudnej i ciężkiej pracy, wymagającej przede wszystkim czasu, warsztatu i poświęcenia. Nie lubię robić wielu poważnych projektów w jednym momencie, chcę być całkiem zaangażowany w to, co w danej chwili robię, ponieważ wpływa to jednak na jakość i intensywność przekazu dźwiękowego. Nawet jeżeli ja jestem tylko tłem, chciałbym, by to co zrobiłem w jakiś sposób genialnie odtwarzało klimat panujący w powieści. Budowało tak naprawdę całą bazę emocjonalną danej historii.

Czy umiesz podzielić książki na bardziej lub mniej muzyczne? Na takie, które w bardziej lub mniej intensywny sposób wzbudzają w tobie dźwiękowe skojarzenia?

Oczywiście, są książki które zawieszone są w jakichś czasach, w których królowała jakaś określona stylistyka muzyczna. Są książki, które opisują rytm miasta, właśnie na podstawie klubów muzycznych, jazzowych. Są książki, jak choćby o Warszawie, np. literatura Tyrmanda, w której czuć ewidentnie dużo swingu. A już zupełnie jego „Dziennik”, który mam nadzieję prędzej czy później „zobrazuję” dźwiękowo. To wspaniały opis życia naszej stolicy w czasie, kiedy wszystko wydawało się szare, ale w umyśle i w sposobie bycia Leopolda Tyrmanda widać było, że można to wszystko pokolorować, żyć twórczo i namiętnie. Dużo jest takich dzieł, ale wydaje mi się, że to wcale nie jest do końca ułatwienie. W jakiś sposób nawet to ogranicza, mamy bowiem już narzucony jakiś rodzaj stylistyki, rodzaj brzmienia, sposobu grania, choć oczywiście ma to wielką wartość w próbie odtworzenia np. lat dwudziestych, polskiego międzywojnia, czy tego, co się działo za Oceanem.

A jakieś konkretne tytuły, które chciałbyś udźwiękowić? Poza, domyślam się, Tyrmandem?

Mam kilka „marzeń” do odtworzenia. Mam nadzieję, że jak zdradzę, to nikt mi ich nie odbierze i nie nagra szybciej (śmiech). Wszystkich nie zdążę zrealizować, ale na pewno byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym mógł stworzyć ścieżkę dźwiękową do jakiegoś audiobooka z literaturą Gabriela Márqueza. Poza tym chciałbym zrobić w formie audiobooka „Mechaniczną Pomarańczę”, z którą mam już doświadczenie przy graniu do jej filmowej wersji. Zupełnie oderwana klimatem od wspomnianych dzieł, ale jednocześnie literatura – poezja o wielkiej mocy – twórczość Charlesa Bukowskiego. Do tej pory nikt się nie zabrał za Edgara Allana Poe, a uważam, że jest to wspaniała klasyka literatury światowej, którą można odświeżyć i zainteresować nią bardzo współczesnego czytelnika. W warstwie dźwiękowej materiał ten daje duże pole do popisu, można polecieć w totalnie magiczne przestrzenie. Myślę teraz nad tymi rzeczami i chciałbym je w najbliższym czasie zrealizować. Najszybciej chyba zajmę się powieścią pt. „W Drodze”, ponieważ mam bardzo konkretny pomysł na realizację Kerouaca. Będzie chyba przełomowy, jeśli chodzi o produkcję audiobooków, w taki sposób chyba jeszcze nikt nie nagrywał. Zrobię coś, czego wcześniej nie robiłem przy tych wielkich produkcjach, jak „Blade Runner”, czy „Karaluchy”.

A możesz zdradzić jak to będzie wyglądało?

Nie chciałbym jeszcze zdradzać, jak to będzie powstawać, nawet w toku pracy nie będę mógł o tym mówić. Dopiero jak skończymy. Do realizacji tego projektu potrzebuję odpowiedniego czasu: w swoim życiu, w działaniach artystycznych, itd., w związku z czym zupełnie się nie spieszę.

W Twoim życiu artystycznym uczestniczy tak samo wiele osób, jak obecnych jest w nim różnych nurtów muzycznych. Wiadomo, że punktem wyjścia jest jazz, ale na palcach dłoni wytatuowany masz również punk. Widzisz korespondencję między tymi dwoma gatunkami?

Absolutnie tak. Jako młody człowiek wychowywałem się na punk rocku, następnie jako poszukujący muzyk poszedłem w stronę fascynacji jazzem. Te elementy będą się cały czas przewijać. Jestem dość niepokornym jazzmanem i kocham wolność i chcę z niej korzystać. Także w muzyce. Nawet jeżeli oznacza to, że łamię granice. Po prostu chcę korzystać z wolności i uważam, że jest ona niezbędna do prawdziwego życia muzyki. Zdaję sobie sprawę, że powstaje dzisiaj bardzo dużo doskonale wykonanej, pięknie brzmiącej muzyki, ale bez pierwiastka istnienia, bez życia. A ja jestem w stanie poświęcić wiele elementów dzieła dla tego, by w przestrzeni formy, która wychodzi spod moich rąk, najważniejszym jej elementem była wyczuwalna iskra istnienia, iskra twórcza. Żeby słuchając utworu, twój umysł podążał w kierunku, w którym jeszcze nie był, ale w którym odkrywasz coś nowego dla siebie. By było to inspirujące i by od tego co robię, coś mogło się zmienić. Na lepsze.

A czy wspomniana wielość nurtów muzycznych wynika właśnie z tej iskry wolności twórczej, o której mówisz? Czy może z wielości współpracowników? Czy wszystko po kolei?

Ta iskra pojawia się w różnych momentach: czasami gdy śpiewam, czasem gdy gram na gitarze, czasem przy kontrabasie, jakichś organkach – bywa różnie. Zazwyczaj przychodzi wtedy, kiedy rzeczywiście pojawia się wielka otwartość, w mojej głowie, duszy, we mnie. I nagle dostrzegam to coś wokół siebie, w sobie. Nie widząc granicy między mną, a resztą. To doświadczenie bardzo przekłada się na dźwięki. A to jak tę esencję ubarwimy, jest już kwestią stylu, który dobieram według swoich doświadczeń. Jestem człowiekiem, który dużo podróżuje, dużo słucha, czyta, zaglądał już w niejedną szparę i dziurę. Mieszanka moich wrażeń daje czasem tak niejednoznaczne dźwięki. Nie potrafię tego nazwać i nie kalkuluję np. tego czego używam przy graniu. W swoim życiu korzystam z tego, co jest wokół mnie, działam czasem wręcz po omacku, na podstawie swoich wrażeń i doświadczeń.

Byłeś współtwórcą słynnego w latach 90. wywodzącego się z Trójmiasta nurtu yass, który również przełamywał granice, wykraczał nawet poza ramy muzyki, stając się niemalże ruchem szeroko pojętej kultury.

Urodziłem się w odpowiednim miejscu i czasie. Byliśmy środowiskiem wzajemnie inspirujących się ludzi, którzy czuli, że otaczająca nas szarość nie jest jedyną formą rzeczywistości. Szarość i ciężar lat 80, stanu wojennego itd., wydawał nam się jakimś paskudnym żartem, który ludzie robią sobie nawzajem. Czuliśmy, że świat ma dużo więcej do zaoferowania – chcieliśmy żyć tak, jak nam się chce i tworzyć taką właśnie sztukę. Już w tamtym okresie następowało wiele fuzji interdyscyplinarnych – muzycy brali udział w performensach, w działaniach malarskich, malarze w działaniach muzycznych, czasami muzyczne przechodziły w parateatralne, teatralne w filmowe, muzyczne w filmowe… Czego myśmy tam naprawdę nie robili. Jestem wdzięczny swoim kolegom za inspirację, za ich wspaniałe umysły, za ich działania. Nasiąkłem wtedy bardzo silną energią, która mnie wiele nauczyła. Była w nas jakaś niezgoda na to co się dzieje. I tutaj znów mamy namacalny dowód na dwa oblicza mojej osobowości, o których przed chwilą mówiłem – punk rock połączony z jazzem. Walczyliśmy z systemem i z otaczającą nas rzeczywistością w sposób bezpośredni, w punkowy, dziki, rewolucyjny, a jednocześnie graliśmy jazz – totalnie wolny, otwarty, stylistycznie nieograniczony, ale jednak jazz. Z jazzu wzięliśmy głównie improwizację, jako element, który w sposób bezpośredni opowiada o otaczającej nas rzeczywistości, 1:1, tu i teraz.

Czy uważasz, że mamy dzisiaj w polskiej kulturze coś, co ma podobną do waszego yassu energię?

Dobrze by było, gdyby dzisiaj ci najmłodsi mieli taki power. Jestem dość wnikliwym obserwatorem i widzę, że scena jest bardzo aktywna. Powstaje wiele projektów, być może nie są one zintegrowane w jakiś jeden nurt, ale może wcale nie jest to konieczne. Cieszą mnie bardzo te wszystkie nowe wynurzenia, czasem bardzo lo-fi, zrobione w domu, przez partnerów, dziewczyna z facetem nagrywają płytę gitarowo-elektroniczno-jakąś, nie wiadomo co to w sumie jest, plus piękne wokale. Podoba mi się, że taka energia twórcza nie zostaje powstrzymana, wychodzi na światło dzienne i cieszy nas wszystkich. Generalnie młodym życzę, żeby im też dziś nie brakowało takiej odwagi i szaleństwa co nam, żeby zachowywali to zawsze w sobie i pamiętali, że muzyka to wolność. Patrząc na to w ten sposób, zawsze będą szczęśliwi grając i tworząc.


 

Rozmawiał: Adrian Piasecki

Zdjęcie: Marta Dudź

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.