/  Literatura  / 

Joanna Bator

Po nagrodzonej Nagrodą Nike powieścią „Ciemno, prawie noc” Joannę Bator dotknęła niemoc twórcza. Przez długi czas nie mogła spisać swoich myśli, ale gdy siły twórcze wróciły, zrobiły to ze zdwojoną mocą. Dokładnie rok temu ukazał się zbiór esejów „Rekin z parku Yoyogi”, w grudniu „Wyspa Łza” – teaser literacko-fotograficzny, a na 2015 rok zapowiadana jest premiera nowej powieści „Rok królika”. Na nasze pytania Joanna Bator odpowiadała prosto z tropikalnej Sri Lanki, gdzie wraz z fotografem Adamem Golcem zbierała opowieści do „Wyspy”.

 


Bzik tropikalny. Tyle kobiet zniknęło bez śladu, ale ta jedna, Sandra Valentine mnie opętała. Nie mogłam wydłubać jej z głowy. „Pojadę z tobą jej poszukać”, powiedział Adam. Odważny mężczyzna. Tak zaczęła się podróż na Wyspę Łzę. Poszukiwanie Sandry Valentine to wyprawa do źródeł narracji. Książka o tym, jak powstaje opowieść.

joannabatorweb2

 

Na rozdaniu nagród Nike powiedziała Pani, że „Ciemno, prawie noc” przyniosło Pani dużo światła. Parę miesięcy później, że cena za powieść była straszna. Czy teraz po doświadczeniu niemocy twórczej, strach przed nią zniknął? Czy można zaznajomić się z takim wrogiem?

 

Nie da się do końca pokonać demonów. Po Ciemno zaskoczyli mnie czytelnicy, którzy widzieli światło od pierwszych stron najmroczniejszej rzeczy jaką napisałam. Zaskoczyła mnie aż taka popularność trudnej i strasznej książki o złu tego świata i ludzkiej bezsilności wobec niego. Wzruszyła i wstrząsnęła mnie fala zrozumienia ze strony czytelników. Zrozumienia na jakimś absolutnie głębinowym pozaintelektualnym poziomie. I sama siebie zaskoczyłam doświadczeniem pustki, jaka przyszła potem. Od listopada 2012 do lata 2013 nie napisałam zdania wartego uwagi. Saturniczne dziwne miesiące. Zewnętrzne sukcesy nie szły w parze ze spokojem  ducha i twórczą mocą. Dryfowałam bez sensu i szukałam na siłę ekscytacji, a to nigdy dobrze się nie kończy. Najgorsze było nicnierobienie. Nie mogłam wybić sobie z głowy słów „znikła bez śladu” i cienia Sandry Valentine, to wszystko, co wtedy miałam. Odzyskałam nurt dopiero, kiedy w maju  wymyśliliśmy z Adamem Golcem wyprawę na Sri Lankę. Rzadko się zdarza takie spotkanie. Ja z tą swoją uporczywą wizją Sandry, która znikła na Sri Lance bez śladu, Adam ze swoją brawurą i pewnością, że to dobry pomysł. Przez pół roku trzymaliśmy wszystko w tajemnicy, bo wydawało nam się nieprawdopodobne, by coś tak dzikiego, bezinteresownego i nierynkowego udało się. Ale szalona pisarka trafiła na wydawcę równie szalonego i Jerzy Illg dał mi zielone światło.

 

Miesiące twórczej niemocy porównała Pani do buddyjskiej otchłani, ciemności przez którą trzeba przejść. Gdy nurt znowu się napełnił, wydaje się być niepowstrzymany: „Rekin z parku Yoyogi”, „Wyspa Łza” i „Rok królika”.

 

Tak miało być. Ale nie chcę następnego 2013. Nie wiem, czy po raz drugi bym z tego wyszła bez szwanku większego niż parę pierwszych siwych włosów. Nieruchomość jest tak obca mojej naturze, bolesna. W ostatni dzień 2013 roku byłam na Maderze i chodziliśmy po lewadach, czyli wzdłuż wodnych kanalików, którymi woda spływa do miast. Szlak prowadził przez tunel. 800 metrów wąskiej i strasznej ciemności, którą rozjaśniał tylko blask telefonu komórkowego. Ściany mokre, omszałe i dziwnie miękkie jak ciało, koszmar. A na końcu światło i zapach lasu eukaliptusowego – taka mała nachalnie symboliczna nagródka. Koniec ciemności.

 

Czy zdarzyło się Pani przejąć w skali 1:1 cudzą historię?

 

Nie. To działa, jak ucho dziadka, o którym lubię opowiadać. Tyle pamiętam po moim prawdziwym dziadku Antosiu, który zmarł, kiedy byłam dzieckiem. Wielkie włochate męskie ucho. Jak dziwne zwierzątko. I od tego ucha zaczyna się postać Władka w Piaskowej. Ucho jest zahaczką. Pełno mam takich zahaczek, ale rozkosz jest w wymyślaniu, w tym, co płynie spod spodu. Największa trudność w oparciu się pokusie 1:1 mam tu, na Sri Lance. Gęsta rzeczywistość, pełne ręce żywej materii, pokusa, by po prostu opisać dzianie się, ale nie tędy droga do mojej Sandry Valentine. Piszę więc o tym, jak dzianie się, przygodność, życie staje się zahaczką dla czegoś prawdziwego inaczej – opowieści.

 

 „Wyspa Łza” jest teaserem literacko-fotograficznym do Pani nowej powieści „Roku Królika”. Jak zdefiniowałaby Pani teaser?

 

Teaser jest opowieścią na odwrót. W powieści nie może być widać osnowy, teaser przeciwnie – ukazuje to, na czym tkam. Często jestem pytana, skąd bierze się opowieść. Jak to jest, że z niczego powstaje coś? Wyspa Łza to opowieść o tym, jak rodził się Rok królika i jak w ogóle rodzi się narracja. Jak żyje się w świecie zahaczek w rodzaju ucha dziadka. Ale to wszystko odsyła do biografii. Do tego, co osobiste i na ogół polityczne zarazem. „Co nie jest biografią, nie jest w ogóle”, napisał w Pamiętnikach St. Brzozowski. Ta historia z Wyspą Łzą to balansowanie na linie, ale ja całe życie czuję się jak linoskoczek. Dam radę. Choć jest ryzyko. Jak cholera.

 

Sri Lanka jest Pani także bliska ze względu na Witkacego, Pani licealną fascynację. Czy przypadek rządzi naszym losem czy może nic nie dzieje się przypadkowo?

 

Racjonalna ja nie wierzy w przeznaczenie. Ja-pisarka obsesyjnie tropię synchrony i wierzę w coś w rodzaju obecności, jakkolwiek ją nazwiemy, która towarzyszy mi i podpowiada. Ja nazywam ją mroczną bliźniaczką. W moim życiu wydarzyło się tyle rzeczy niesamowitych. Oto tu jestem, na wyspie, gdzie Witkacy omal nie strzelił sobie w łeb. Pojechaliśmy z Adamem do pensjonatu, gdzie spał z browningiem przy skroni. Piłam herbatę w hotelu Suisse w Kandy, gdzie się zatrzymał z Malinowskim. Dreszcz, wspomnienie gier językowych uprawianych z młodzieńczą pasją kogoś, kto ma siedemnaście lat i właśnie odkrywa magię słowa: glątwy, wężowiska, bydlądynki i nastrój, co miał być miły w małym dworku, po podwieczorku. To ciągle część mojego prywatnego języka. Ja i moja przyjaciółka Viola gdzieś na poniemieckim wałbrzyskim cmentarzu, dwie gówniary z łbami w chmurach i albumem Witkacego – to wszystko prowadziło do tej wyprawy, do opowieści Wyspy Łzy, w którą weszłam po latach. Dostałam w życiu tyle darów. Tyle dobrych ludzkich historii, tyle dobrej ludzkiej obecności. Piękne przyjaźnie. Miłość jak diament. Pewnie, zdarzały się też fałszywki w iście nadzwyczajnych opakowaniach. Ale rzadko i nie warto ich pamiętać. Miejsce śmieci jest na śmietnisku. Sri Lanka, cała ta historia niewiarygodnych zbiegów okoliczności, zachodów słońca przyprawiających o szaleństwo tak zostanie w mojej pamięci. Jako dar.

 

Czy w czasie pisania powieści czyta Pani innych autorów czy kompletnie izoluje się od “obcych wpływów”?

 

W ostatnich latach czytałam więcej reportaży niż powieści ze względu na pracę w jury Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. To była cudowna, fascynująca robota, na którą już nie mam czasu niestety. Ale może kiedyś wrócę, jeśli mnie będą jeszcze chcieli. Zresztą przeczytane reportaże o różnych potwornościach wpłynęły na kształt mojej ostatniej powieści i na to, że jej bohaterka Alicja Tabor jest reporterką. Uwielbiam książki Jeana Hatzfelda, Swietłany Aleksiejewicz, a z naszych zwłaszcza Wojtka Jagielskiego i Lidki Ostałowskiej. Lubię Małgosię Rejmer, która porusza się na granicy gatunków, co zawsze wydawało mi się najciekawsze, i Filipa Springera. Mam zaległości jeśli chodzi o polską młodą prozę. Czytam głównie Japończyków w polskich i angielskich przekładach. Niemieccy krytycy zauważyli wpływ japońskiej prozy na moją twórczość, a ja sama jestem go bardzo świadoma. To, co nazywa się realizmem magicznym mam stamtąd, z mojej Japonii.

 

Jakie książki czytało się w Pani domu w Wałbrzychu?

 

Czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce. Po omacku. Moi rodzice nie odziedziczyli po przodkach biblioteki ani pasji bibliofilskiej. Były przypadkowe książki, niewiele. Na przykład włoska książka kucharska po niemiecku ze zdjęciami potraw tak pięknymi, że je wąchałam. Albo album poświęcony sztuce starożytnych Indii, który moi rodzice sportowcy dostali pewnie jako nagrodę w jakichś zawodach. I tak zaczęłam edukację seksualną od Kamasutry. Mogło być gorzej. W tamtych czasach to zwykle były niemieckie wydawnictwa pornograficzne zwane wówczas świerszczykami. Kupowałam książki z namiętnością graniczącą z obsesją. Układałam je na półce zielonej meblościanki, przekładałam, zapisywałam w katalogu zrobionym z zeszytu w kratkę. Robiłam okładki z pakowego papieru malowanego mazią z klajstru i atramentu. Kiedyś druk miał inny zapach. Uczyłam się sama tego, co będę robić całe życie: kochania książek. Nie miałam drogowskazu, bo nikt nie miał go pod ręką, ale pozwolono mi rosnąć swobodnie, to ważne i cenne. Jestem za to wdzięczna. Moje lektury uległy pewnemu ukierunkowaniu dopiero w liceum. Czasy Gombrowicza, Witkacego, Marqueza, Cortazara. Poezja Leśmiana, Baudelaire’a, Rimbaud. Mocne i niezapomniane pierwsze miłości.

 

 

Czy zdarzyło się Pani kiedyś w przeszłości dokonać cenzury pomysłów przynoszonych przez Pani mroczną bliźniaczkę, które wydały się zbyt przerażające?

 

Nie. Dlatego odchorowałam Ciemno. Ale nie żałuję. Bez tamtych saturnicznych bezsennych miesięcy 2013 roku nie byłabym tu, gdzie jestem. Na wyspie w kształcie łzy, gdzie knuję najdziwniejszą narrację, jak wyszła spod moich rąk. W tropikalnej dżungli, nad oceanem, który dziś wyrzucił na piach włochatą rybę o kocich oczach.

 

 

W Pani życiu oprócz literatury bardzo ważne miejsce zajmuje podróż. Potrzeba ruchu i zmian.

 

Od ponad dwudziestu lat nigdzie nie zagrzałam dłużej miejsca. Powrót z Japonii trzy lata temu był jednak inny. Wiem, że Polska to dom, a nie baza. Rozpakowałam większość kartonów. Chciałam wrócić, nie umiałam nigdzie zostać, taka jest prawda. Czas więc zbudować dom prawdziwy. Już wiem gdzie. Dom z wielkimi oknami, jasnymi dużymi pokojami bez drzwi. Ale tymczasem przede mną rok w Berlinie. To miasto mnie oczarowało. Ma energię Nowego Jorku sprzed 9/11.

 

Czy dobrze się Pani czuje w świecie rytuałów, czy świat, w którym przykłada się dużą wagę do szczegółu jest Pani światem?

 

Lubię porządek i potrzebuję kilku rzeczy, by czuć się komfortowo, ale nie cierpię rutyny, przymusu, powtarzalności, klaustrofobicznej atmosfery czterech ścian, w których nie chcę być. Muszę mieć czysty pokój, zieloną herbatę i ciepło. Nienawidzę marznąć. Duże odsłonięte okno naprzeciw biurka, albo taras domu w dżungli jak na Sri Lance. Tyle. To nadal może być wszędzie, ten room of my own. Ale wizja przestrzeni, w której rozłożę wszystkie skarby z podróży pojawia się coraz częściej. Znalazłam już firmę, która sprowadza do Polski maty tatami. Kupuję kolejne meble – przedmioty wyjątkowe, miłe w dotyku. Na Sri Lance kupiłam przecudny biało-czarny batik robiony w małej manufakturze. Jak Muzeum Azji i Pacyfiku będzie ten mój dom.

 

„Wyspa Łza” to projekt dwuosobowy. Adam Golec, wielokrotny laureat Grand Press Photo, stworzy do niej materiał fotograficzny.

 

Dla nas obojga jest to doświadczenie nowe. Adam robił świetne zdjęcia reportażowe i nawet chodzi mi po głowie, żeby go kiedyś na taki projekt namówić. Na jakąś mroczną polską historię. Ale tym, co mnie ujęło w jego pracach była melancholia. Czysty destylat melancholii. Od dnia, w którym się poznaliśmy przysyłał mi zdjęcia, a ja patrzyłam na palimpsesty pleśni i tynku na umierających domach, znikające sylwetki ludzi i wiedziałam, że jakoś nam się zahaczają opowieści, chociaż używamy różnych mediów. Nawzajem fascynuje nas nasza praca. Zobaczyłam w Adamie przede wszystkim artystę.

 

 

W „Rekinie z parku Yoyogi” dowiadujemy się, że rok bez telefonu nie był dla Pani niczym ciężkim, wręcz przeciwnie, ale e-maile są i przyjemne i ważne. Czy rozważa Pani publikację swojej korespondencji w przyszłości?

 

Ciekawe pytanie. Ostatnio żartowałam z moją przyjaciółką, z którą wymieniamy maile właściwie codziennie i są one roziskrzoną narracją dotyczącą rzeczy niekiedy bardzo intymnych, co by było, gdyby to trafiło w obce ręce. Katastrofa i obraza. Tam jest moja prywatna twarz, mój prywatny język, Joanna Bator nieznana: bez chłodu, gęby i muru. Chyba musiałabym zniknąć na co najmniej rok na Sri Lance. Ale niewątpliwie jest to literacko bardzo ciekawy materiał, czyste literackie mięcho, które mnie kusi. A więc trzymam te maile w osobnym folderze, ale dla własnej przyjemności posiadania. Może po mojej śmierci wygrzebie je jakaś ambitna doktorantka, o ile założymy, że moja kariera będzie się rozwijać i kogoś to będzie w ogóle interesować. Jakiś czas temu najpierw usunęłam 400 maili z innego folderu, ma nazwę Bejrut, a potem w popłochu zadzwoniłam po chłopaka od komputerów, by mi je z powrotem wygrzebał z internetowego śmietnika. Mogą się przydać. Przechowuję listy miłosne i korespondencję z dużo starszą przyjaciółką, z którą przyjaźń skończyła się i już nie odżyje. Jednak listy były piękne. W przypadku pisarza własne życie jest i tak pastwiskiem, gdzie się żywi tekst i pastwi się nad tekstem. Nie interesuje mnie w tej chwili oczywiście autobiografia i literatura wspomnieniowa, ale kusi, by w narrację cejlońską, nad którą pracuję wpleść większy kawałek siebie niż dotąd. Zmierzyć się z pytaniami o rzeczy zasadnicze i dać odpowiedzi takie, jakie mam w połowie życia. Czym jest dla mnie wolność, podróż, miłość, pisanie.

 

Czyli możemy się spodziewać tego, że w Pani nowej powieści „Roku Królika” będzie Pani bazować mocniej na swoim życiu?

 

Nie wiem, czy mocniej. Chyba raczej inaczej. W Piaskowej i Chmurdalii sięgam do doświadczenie dziecka i dziewczyny, do spiżarni pamięci z dzieciństwa, pierwszych podróży, pierwszych języków. Zakonserwowanych i jakoś już bezpiecznie odległych. W Ciemno i Roku królika piszę o doświadczeniu dorosłej kobiety. O czymś świeższym, bliższym ciału. Dlatego to trudne i niebezpieczne. Są granice, których nie wolno przekroczyć, nawet jeśli przekroczyło się już wiele i ma wprawę w tańcu na linie.

joannabatorweb3

 

Napisała Pani w “Rekinie”, że Japonia to kultura opakowania. Przed sobą mam cudowną okładkę książki z ilustracją autorstwa Przemka Trusta Truścińskiego. Na ile ważne jest dla Pani opakowanie?

 

Mnie też ta okładka cieszy do łez. Książka powinna być dziełem sztuki. Bardzo trudno osiągnąć ten efekt. Bardzo mało jest dobrych okładek, wizerunki są brane z banków zdjęć, nie ma myślenia o książce jako pięknym przedmiocie. Jest towarem. Ale my uparliśmy się i myślę, że wyszła nam z Trustem i Julią Yamato, autorką mangi w Rekinie, ładna rzecz. Zapewne coś jeszcze z Trustem wymyślimy, bo dobrze się dogadywaliśmy i on też ma bzika na punkcie Japonii. Teraz cała jestem w nowej książce. To dopiero jest wyzwanie. Dzika historia. I smutek, i żar tropików. Mój tekst i zdjęcia Adama, które w założeniu mają nie tyle ilustrować, ale splatać się z narracją w równorzędnej opowieści. Zdarza się, że ja mu podrzucam tekst, słowo, zdanie, a on idzie szukać światła i wraca ze zdjęciem, które z kolei rozpala moją wyobraźnię, bo jest czymś o wiele więcej, bardziej, inaczej niż myślałam. A część zdjęć, kluczowa, powstaje na negatywie i żadne z nas nie zobaczy ich tutaj. Obłęd. Zapewne zamęczymy redaktora Znaku na śmierć, ale ta książka musi być dokładnie taka, jak chcemy, bez żadnych kompromisów. Piękna książka, którą pragnie się czytać, oglądać, dotykać i wąchać jak ja kiedyś książkę kucharską.

 

Czyli pisarz powinien zajmować się kompleksowo całą książką, również wizualnością?

 

Autor powinien mieć wpływ. Powtórzę – książka to dzieło sztuki, a nie hot-dog. Szlag mnie trafia, kiedy widzę parę swoich okładek, na które nie miałam wpływu i serce rośnie, kiedy patrzę na Rekina, pierwszą okładkę Ciemno z pracą Ewy Kuryluk albo niemiecką okładkę Chmurdalii, na której też jest praca Ewy. Węgrzy zrobili pięknie Piaskową, ale nie da się mieć kontroli nad wszystkim i nie trzeba próbować. Autor ma pisać i mieć komfort zaufania do wydawcy, który zadba o resztę. Ale wiem, że nie odpuszczę już żadnej okładki i będę chciała współpracować przy książkach z artystami tak, jak teraz z Adamem, czy wcześniej z Ewą Kuryluk i Trustem. Teraz chodzi mi po głowie Pola Dwurnik. Posiostrzyłyśmy się w listach, podobają mi się jej prace.

 

W drugim wydaniu “Japońskiego wachlarza” uzupełniła Pani książkę o nowe obserwacje i zdjęcia oraz poprawiła wcześniejsze teksty. Czy lubi Pani wracać do swoich dzieł po tym jak zostały opublikowane?

 

Nie cierpię wracać do już napisanych książek. Idą w świat i przestają należeć do mnie. Wachlarz był wyjątkiem. Współpraca z wydawnictwem Twój Styl była dla mnie, wówczas niedoświadczonej pisarki, cieszącej się, że chcą w ogóle wydać jej dziełko, doświadczeniem bardzo nieprzyjemnym i pouczającym. Nie dostałam za tę książkę ani grosza oprócz żałosnej zaliczki. Polskie sądy mają prawa autorskie w nosie. Fakt, że dodruk książki po wygaśnięciu umowy, bez zgody i wiedzy autorki nie został uznany za przestępstwo jest skandalem. Dostałam nauczkę, która uczyniła ze mnie wyjątkowo trudną i nieufną negocjatorkę warunków. Sama czasem się wstydzę własnej upierdliwości, ale inaczej się nie da. Chciałam, żeby Wachlarz trafił w dobre ręce i dlatego wydałam go jeszcze raz w porządnym wydawnictwie, bo Beata Stasińska jest osobą, do której z czystym sumieniem wyślę każdego, kto ma książkę na wydaniu. Zawsze jej będę wdzięczna i wiem, że jeszcze coś razem wymyślimy w przyszłości. Ona jest nie tylko wydawczynią, ale opiekunką książek. Gdybym miała taką agentkę, byłabym spokojna o wszystko.

 

Porzuciła Pani pracę akademicką, gdy pojawiła się “choroba pisania”. Czy dzisiejsza Joanna Bator istniałaby bez pisania? Czy praca, twórczość jest tym co nas kształtuje?

 

Byłabym inną osobą. Mogłabym nadal wykonywać poprzedni zawód. Porządnie, bez pasji, może czasem z jakąś satysfakcją. Pewnie byłabym już profesorką, może część czasu spędzałabym na uniwersytecie w Japonii albo USA. Lubiłam wykładać, lubiłam kontakt ze studentami. Teraz dostaję niekiedy kuszące propozycje z niemieckojęzycznych uniwersytetów, by pobyć tam jako wykładowczyni na gościnnym kontrakcie, ale trafiają do mnie zawsze wtedy, kiedy jestem w wirze powieści. Z takim samym sukcesem jak profesorką mogłabym być lekarką albo inżynierem.  Robiłabym, co do mnie należy porządnie, ale bez wielkich wzlotów. Zanim mnie dopadł pisarski szał uważałam się za osobę pozbawioną wprawdzie talentu, ale obdarzoną dobrze funkcjonującym umysłem, bardzo sprawnym narzędziem, i używałabym go nadal na miarę własnych możliwości. Zawsze miałam przekonanie, że trzeba uprawiać swój ogródek najlepiej jak się potrafi i tak stawiać czoła ciemności, nadając wszystkiemu jeśli nie sens, to przynajmniej kierunek. Nie mazgaić się w wieku czterdziestu lat, że się dostało po łbie w przedszkolu. Dziś tamto życie sprzed literatury jest jak dawno śniony sen, przedłużone oczekiwanie na właściwą formę. Narodziłam się na nowo przy Piaskowej Górze.


rozmawiały : Marta Dudź i Aleksandra Paszkiewicz

fotografie: Adam Golec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.