/  Literatura  / 

Lema portretów wiele

Kim był Stanisław Lem? Pisarzem science-fiction, oczywiście. Kim jeszcze? Myślicielem, kosmicznym sierotą, ojcem, mężem, kolegą, mutantem, komórką partii zza żelaznej kurtyny? Powszechnie wiadomo, że ile głów, tyle zdań. Tak też przedstawiamy Lema, z perspektywy widzenia różnych głów.

Wojciech Orliński
(„Co to są sepulki? Wszystko o Lemie”)

Miałem wtedy sześć lat. Byłem na wakacjach z ojcem, który czytał książkę dla dorosłych. Od pewnego czasu umiałem już składać literki w słowa i odnajdywać w zadrukowanych kartkach papieru ciekawe przygody i nowych przyjaciół, ale nie ciągnęło mnie do książek dla dorosłych, bo wydawały mi się strasznie nudne. Ta książka nie mogła być nudna, bo widziałem, jak reagował na nią mój ojciec. Zanosił się śmiechem tak bardzo, że musiał co jakiś czas przerywać lekturę. Nie był w stanie utrzymać książki w rękach. Ze śmiechu załzawił sobie okulary. Gdy je wycierał, poprosiłem, żeby przeczytał mi ten fragment, który na niego aż tak bardzo podziałał.
– Kalkulowsiał zwartusiał, ratuwsianku, Bożywsio – wypalił mój ojciec bez wahania i znowu zaczął się śmiać.
Wiedziałem już, że to będzie pierwsza „dorosła” książka, którą spróbuję przeczytać. Dziś wiem, że tą ksiażką było Czytelnikowskie wydanie Dzienników gwiazdowych, wtedy była to dla mnie jakby pierwsza działka potężnie uzależniającego narkotyku – otworzyły się przede mną bramy raju.

Sławomir Mrożek
(„Lem, Mrożek. Listy”, Wydawnictwo Literackie)

Byłem zawsze przytłoczony ponadnormalnością Twojej inteligencji, nieco przerażającej, bo noszącej znamiona ewolucyjnego skoku. Mutanci zawsze musieli przerażać stworzenia niby tego samego gatunku, ale wciąż w starym rejestrze możliwości. W tej sprawie wszelka nawet myśl o rywalizacji musiała być śmieszna, bo to są różnice nie poziomów (które ewentualnie można podciągnąć czy obniżać), ale rejonu. I ja mogę spokojnie już o tym pisać, bo choć nadal uważam to samo – coś przesunęło się w perspektywie, widzę w niej inaczej i siebie, i nas, ich (dawniej widziałem tylko siebie, to znaczy: jak ja w tym wszystkim, z tym wszystkim wyglądam, to było główne pytanie), wszystko razem.
Na rozmaitych lotniskach po świecie spotykam Twoje paperbacks, prosty, ale nieomylny znak, że jesteś już na tym miejscu, na którym żaden inny polski pisarz się nie znalazł. Bo można sztukować i się wymądrzać, ale paperback na lotnisku to jest ważkie w swojej brutalnej prostocie i każdy o tym wie nawet jeżeli się do tego nie przyznaje.

Stanisław Lem
(„Tako rzecze.. Lem” Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Literackie)

Pisałem to co było zabarwione humorem, czasem brakiem humoru. Robiłem, co potrafiłem, książki były emanacją mojej wyobraźni. Każdy powinien robić to, co umie, a mnie się wtedy wydawało, że potrafię pisać. Potem to przekonanie osłabło i zszedłem z kortu. Zainteresowania słabną, okoliczności się zmieniają. Zbyt dużo z tego, co było moją czystą fantazją, nieodpowiedzialnym płowieniem się w fantasmagoriach, stało się realne. I o dziwo, rzeczywistość jest dzisiaj znacznie bardziej karykaturalna niż wytwory mojej wyobraźni.

Tomasz Lem
(„Ojciec”)

Ojciec wstawał codziennie około czwartej rano, niekiedy nawet wcześniej. Od świtu dom wypełniał stukot maszyny do pisania. W gabinecie, którego wszystkie ściany były zastawione regałami z książkami, znajdowały się liczne sterty maszynopisów. Zdarzało się, że za domem, na łące, matka paliła teksty, które zdaniem Ojca zabrnęły w ślepą uliczkę.
Składając Ojcu wizyty, zawsze zaczynałem od sakramentalnego pytania: „Czy Tata ma czas?”. Zazwyczaj miał. Zajmowaliśmy się geofizyką (Ojciec rysował wulkany), oglądaliśmy atlasy anatomiczne lub astronomiczne, sporo mówiło się o planetach, których nazwy potrafiłem wyrecytować jeszcze zanim poszedłem do szkoły.
Wydzielaniu słodyczy – marcepanu w czekoladzie, zwanego przez Ojca „chlebkami marcepanowymi” – towarzyszył specjalny rytuał. Ojciec otwierał szafę, wyjmował scyzoryk, wycierał jego ostrze o chusteczkę do nosa, a następnie w ciszy i skupieniu odwijał kawałek marcepanu i odkrawał dwie porcje – dla mnie i dla siebie. (…)
Ojciec, kiedy pisał – a jeśli akurat nie czytał, to zazwyczaj pisał – palił niemal bez przerwy. Kiedy wchodziło się do jego pokoju, pod sufitem unosiła się chmura mentolowego dymu Salemów. Atmosfera, na którą składał się dym papierosowy, zapach zakurzonych książek, stukot maszyny do pisania, przy której siedział nieobecny, zatopiony w myślach, miała w sobie coś, od czego mogło się zakręcić w głowie – coś głębokiego, nieuchwytnego, magicznego i podniosłego zarazem. Kiedy zamykam oczy, bez trudu przywołuję obraz Ojca za biurkiem, zaciągającego się kolejnym papierosem, odkładającego go na kanciastą, szklaną popielniczkę i szybko stukającego w klawisze. I mam nadzieję, że przede wszystkim takim właśnie go zapamiętam.

Philip K. Dick
(w liście do FBI)

Rzecz nie w tym, że osoby te są marksistami albo nawet że Fitting, Rottensteiner i Suvin są obcokrajowcami, ale w tym, że wszyscy oni bez wyjątku są posłusznymi wykonawcami rozkazów Stanisława Lema z Krakowa w Polsce, stuprocentowego funkcjonariusza partyjnego (wiem to na podstawie jego publikowanych materiałów oraz osobistych listów do mnie i do innych osób). Ta komórka partii zza żelaznej kurtyny – Lem jest najprawdopodobniej wieloosobowym komitetem, a nie pojedynczym osobnikiem, gdyż pisze wieloma stylami i raz zna niektóre obce języki, a raz nie – dąży do zdobycia monopolistycznej pozycji pozwalającej kontrolować opinię poprzez krytykę i artykuły pedagogiczne, stanowiąc zagrożenie dla całej naszej dziedziny science fiction z jej swobodną wymianą poglądów i myśli. (…)
Udało im się osiągnąć swoje cele głównie w dziedzinie prac akademickich, recenzji książkowych i prawdopodobnie przez naszą organizację uzyskali wpływ na przyznawanie nagród. Myślę jednak, że obecnie ich kampania na rzecz propagowania Lema jako wybitnego powieściopisarza i krytyka traci impet i zaczyna napotykać poważny opór: po pierwsze ujawnia się, że twórcze zdolności Lema były przereklamowane i po drugie w brutalnych, obraźliwych i zupełnie nieumotywowanych atakach na amerykańską science fiction i jej amerykańskich autorów Lem posunął się za daleko i zbyt szybko zraził sobie wszystkich poza wiernymi członkami partii (ja jestem jednym z tych zrażonych).
Byłoby bardzo groźne dla naszej dziedziny, gdyby się okazało, że znaczna część naszej krytyki, prac naukowych i wydawnictw jest całkowicie podległa jakiejś anonimowej grupie z Krakowa. Nie wiem jednak, co można na to poradzić.

Wikipedia

Stanisław Lem (ur. 12 września 1921 we Lwowie, zm. 27 marca 2006 w Krakowie) – polski pisarz, filozof i futurolog, przedstawiciel nurtu fantastyki naukowej. Jego twórczość porusza tematy takie jak: rozwój nauki i techniki, natura ludzka, możliwość porozumienia się istot inteligentnych czy miejsce człowieka we Wszechświecie. Dzieła Lema zawierają odniesienia do stanu współczesnego społeczeństwa, refleksje naukowo-filozoficzne na jego temat, a także krytykę ustroju socjalistycznego.
Jest najczęściej tłumaczonym polskim pisarzem, a w pewnym okresie był najbardziej poczytnym nieanglojęzycznym pisarzem SF. Jego książki zostały przetłumaczone na ponad 40 języków i osiągnęły łączny nakład ponad 30 mln egzemplarzy. Wpływ Lema na światową literaturę SF krytycy przyrównują do wpływu H. G. Wellsa czy Olafa Stapledona.
Był odznaczony między innymi medalem „Gloria Artis” i najwyższym polskim odznaczeniem państwowym Orderem Orła Białego. Jego nazwiskiem nazwano planetoidę oraz pierwszego polskiego satelitę naukowego.

Jan Józef Szczepański
(Dziennik. Tom I 1945-1956, Wydawnictwo Literackie)
17 X 1953

Trapi mnie niedoskonałość mojej wyobraźni, zwłaszcza w zakresie porównań, które nie byłyby stylistycznymi ozdobnikami, a skrótami, pozwalającymi syntetycznie i obrazowo ująć szeroki zakres jakiegoś zjawiska. Dziś siedział u mnie Lem. Każdą sprawę potrafi natychmiast zilustrować przykładem, który sam w sobie jest paradoksalną, żywą anegdotą. Taki szyfr pojęć umożliwia uniknięcie nudnych i płaskich wywodów. To jest jakaś zdolność par excellence literacka, której mi brak.

Jan Błoński
( „Życie Literackie” nr 497)

Stanisław Lem dotknął wszystkich prawie możliwości, jakie daje pisarzowi współczesna science-fiction. Można nawet powiedzieć, że w swojej – chronologicznie zwięzłej, lecz ilościowo obfitej – twórczości powtórzył niejako ewolucję gatunku: w istocie, rozpoczął od powiastek prostych, ufnych, krzepiących (“Astronauci”, “Obłok Magellana”), by wkrótce dojść zarówno do parodii (“Dzienniki gwiazdowe Ijona Tichego”), jak do apokaliptycznej i koncentracyjnej wizji “najgorszego z możliwych światów” (“Eden”). Co więcej – systematycznie sprawdzał szanse literackie, które przynosi fantazja naukowa: Lem rzeczywiście obszedł science-fiction dookoła, tak iż będąc w Polsce praktycznie jedynym, jest także – jeśli wolno powiedzieć – wystarczającym przedstawicielem rodzaju, który reprezentuje: z ogródka science-fiction zerwał jeżeli nie najpiękniejsze, to na pewno najbardziej charakterystyczne kwiatki. Stąd radość i oszczędność dla krytyka, który – przeglądając Lema – rozporządza zarazem doskonałą kolekcją próbek rozmaitych odmian utopii naukowej.


Serdeczne podziękowania dla spadkobierców Stanisława Lema, Wydawnictwa Literackiego oraz Wojciecha Orlińskiego za zgodę na przedruk.


tekst:Marta Dudź

ilustracja: Monika Bąk

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.